14 marca 2009

Histoires de Parfums, 1740 Marquis de Sade

“Mówię sobie: istnieje Bóg, czyjaś ręka stworzyła to, co wokół widzę, lecz stworzyła dla zła; zło sobie tylko upodobała; zło jest jej treścią, całe zło, które każe nam popełniać, jest nieodzowne dla jej planów […] To, co określam jako zło, jest prawdopodobnie wielkim dobrem w porównaniu z istotą, która zesłała mnie na świat […] Zło jest konieczne na tym wadliwie zorganizowanym, smutnym świecie.”

Donatien de Sade, Juliette

Tak w zasadzie pachnie lato 1740. Idąc głębiej- tak pachnie czerwiec- 2 czerwca tegoż roku. Paryż. Udała się sztuka zła perfumiarzom Histoires de Parfums. Kpina z etykiety, ale nie głośna i ostentacyjna. Nikt nie musi się afiszować.

Perfumy nie są dosłowne. Sam początek błyska. Małe kurwiki wylatują z mikstury wraz z niewielkimi ilościami kwasu. To tylko wyostrza zmysły na odbiór dalszej części. 1740 Marquis de Sade nagle, bez uprzedzeń pikuje w głąb ciemnego i wilgotnego magazynu z paczulą. Do wielkiej piwnicy pod paryską ulicą. Woda spada z kamiennego sklepienia przemieszana z zapachem odpadów “pachnącego miasta”. Swoją drogą bardzo ciekawie namalowano tę paczulę. Ostra, wiejąca kamieniem, trochę wodnista, może z niewielką ilością pleśni. Synkretyzm niemal wszystkich jej twarzy, który staje się znakiem 1740 Marquis de Sade.

Z czasem zapach ciemnieje jeszcze bardziej, wieje suchością. Paczula zostaje jednak na miejscu, oczyszcza się w pyle roślinnym. Sama baza tych perfum trochę podobna jest do tej znanej z Borneo 1834. I tak naprawdę doświadczamy tylko kurzu na drodze w środku nocy. W bazie pierwsze skrzypce gra właśnie nieśmiertelnik i wanilia. Cała reszta jest pod spodem- kpi. Z suchości rodzi się ciepło.

1740 Marquis de Sade przegrywa, głównie przez jednolitość powierzchni. Cała gra zapachu rozgrywa się pod tumanem kocanki (nieśmiertelnik) i wanilii. To tak jakby nasłuchiwać co dzieje się pod ziemią z powierzchni. Irytujące jest to wrażenie, swoisty gwałt na naszej cierpliwości. Tym bardziej, że paczula, brzoza, labdanum i cedr mogłyby zbiesić Markiza ostatecznie. A tu ledwie ciche jęki do nas dochodzą.

Zapach wydaje się też zbyt przygnębiający i zimny, brutalny można powiedzieć. Przerażający jak lecący nietoperz o zmroku. Oschły w swojej pewności. Umyka wszystkim wzorcom, kpiny lecą na wszelkie ideały. Szkoda, że nie zawsze to widać spod paczulowej i dusznej pokrywy. Mimo wszystkiego to perfumy przewrotne, zło będące dobrem.

Nuty: bergamota, dawana, paczula, kolendra, kardamon, drzewo cedrowe, labdanum, drzewo brzozowe, skóra, wanilia, nieśmiertelnik
Twórca: b.d.
Rok powstania: 2008

Pozostałe recenzje

Dołącz do dyskusji

Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Anonimowy
Anonimowy
11 lat temu

właśnie testuję ten zapach, na razie na nadgarstku, jutro globalnie. Na tę chwilę nie mam dobrych skojarzeń. Czuję starą, przeleżaną w szufladzie damską pomadkę do ust.

Anonimowy
Anonimowy
11 lat temu

Serio? na mnie pachnie jak midnight poison elixir. szukam rozy w nutach, ale nie znajduje?
Nekot

Anonimowy
Anonimowy
9 lat temu

jeden z najbardziej denerwujących zapachów. uwielbiam go, ale czegoś mi brakuje, jakby nie rozwijały się do końca, czekam czekam i nic nie ma. Ale ogólnie zapach dymny, kuszący i bardzo cielesny.