
Po jakiejś dłuższej przerwie znowu pojawiły się nowe perfumy tej firmy.
Nasomatto Micodelirio rozpoczyna się nutą buraczaną, którą niegdyś mogliśmy znaleźć też w kompozycji Zooologist Bat (mówię o tej pierwotnej, „najpierwszej” formule). Tutaj nuta ta jest wyraźnie bardziej słodka, mniej gnijąca. Ma wyraźny podton truskawkowy, może nawet szampański. Z tym, że nie jest to szampan z bąbelkami, a napój wlany do konfitury. Kompozycja jest przysadzista, raczej toporna, bez przestrzeni. Wierzę, że część osób uzna ją za duszącą.
Później w perfumach pokazują się akcenty pudrowo-grzybowe, trochę rodem z Extra Virgo Pangea. Jest tam coś metalicznego, ziemistego, jedwabnego. Jest szansa, że Gualtieri wykorzystał do tej kreacji prawdziwe absoluty grzybowe. Pewnie jest tu też sporo paczuli i jakichś mszysto-zielonych elementów. Gdzieś w tle mija róża. Sporo jest też białego piżma w miękkiej formie. Znaleźć można tu dużo puzzli z poprzednich kompozycji Orto Parisi/Nasomatto. W bazie pojawia się akord lekko fizjologiczno-spocony, ale w natężeniu możliwym do akceptacji.
Początek może szokować, ale już po 10-15 minutach wchodzimy w klimaty ładne i przyjemne. Kompozycja jednak żyje, zmienia się, choć nie zaskakuje. Nie jest inwazyjna. Nie ma w niej też jakiegoś totalnego szaleństwa i w zasadzie mogłaby być uznana za klasycznie „przyjemną” gdyby nie ścisły, niszowych start.
Opinia końcowa o Nasomatto Micodelirio
Myślę, że to perfumy, które eksplorują ciekawe obszary olfaktorycznej mapy. Nie są jednak tutaj pierwszym bohaterem, ani najbardziej charakterystycznym. Domyślam się, że dla fanów akordów tego typu mogą być rozczarowaniem (zwłaszcza po Bat, Night Flyer czy Pangea).

Kampania perfum Micodelirio




