Swarovski już w swoim debiucie na rynku perfum mnie „nie wziął”. Aura była zbyt masowa, ulepna, wyłaziła z niej straszna słodycz liczi. Bez entuzjazmu sięgam więc po tegoroczną nowość – Swarovski Edition – w butelce pokrytej skórą złotego węża.
I co czuję? Ano nic wielkiego. Róża z czerwoną porzeczką. Na początku zapach jest nawet ciekawy. Słodkie nuty kwiatowe harmonijnie stapiają się z owocowym cukrem. Nie czuć chemicznych akordów i całość robi wrażenie porządne, choć nie rewolucyjne. Rozwój Edition polega na stopniowym spadku mocy i wytraceniu słodkich, soczystych nut. W ich miejsce wchodzi upiornie nudna, zwiewna, białokwiatowa baza utopiona w wulgarnie syntetycznych, białych piżmach. Niby jest tam gardenia, ale w życiu bym na to nie wpadł. Słuszniej powiedzieć, że to ogólne wrażenie „kwiatowości”, a nie konkretny gatunek rośliny.
Motyw ten jest tak wyświechtany, że szkoda tracić sił na krytykę tych perfum. Początek na 3, końcówka na 1. Sumarycznie 2 z wielkim minusem. Chociaż flakon mi się podoba.
Nuty: róża, czerwona porzeczka, gardenia, piżmo, drewno cedrowe, klementynka
Rok powstania: 2012
Twórca: Sonia Constant
Cena, dostępność, linia: woda perfumowana dostępna w pojemności 50 mL
Trwałość: słaba, około 4-5 godzin




