
To woń słodka i plastikowa, ale w dobrym stylu. Takie postawienie sprawy może dziwić, lecz naprawdę zapach nie pachnie źle.
Marc Jacobs Perfect Absolute to woń karmelizowanych, ale wpierw zasuszonych fig. Do tego ktoś zdecydował, żeby posypać je zmielonymi landrynkami cytrynowymi i cukrem pudrem. Na koniec polano to wszystko jakimś syropem na kaszel. W efekcie otrzymujemy perfumy o potężnej dawce słodyczy w chemicznym wydaniu. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że kompozycja wyróżnia się na tle rynkowych nowości. Zapada w pamięć. Jest jakaś.
Trochę szkoda, że ta potężna dawka cukru znika po 2-3 godzinach i Perfect Absolute staje się wówczas tylko słodką figą z drobnymi nutami pobocznymi. Pojawia się cień czegoś mlecznego, drewienkowego. Całość może przywoływać skojarzenia z Mancera Fig Me Up. Paradoksalnie, to właśnie ta dalsza część perfum pachnie bardziej naturalnie i jakościowo, choć nie jest tak spektakularna jak start.
Nosząc te perfumy globalnie można poczuć też elementy spoza spisu nut. Najważniejszym byłby akord wygazowanej coca coli. Do tego dorzuciłbym delikatne skojarzenia szminkowo-fiołkowe. A na sam koniec powiedziałbym o zgaszonej zapałce.
Przy tej całej syntetyczności Marc Jacobs Perfect Absolute unika wejścia w typowo nudne, tanie tony. Nie ma tutaj żadnych zakurzonych drewienek, zleżałych akordów ambrowych czy sztucznej waniliowości rodem z proszku do pieczenia. Mam wrażenie, że w tych perfumach sztuczność i plastik zostały podniesione do rangi sztuki. A przynajmniej, że taki był zamysł. Ze znanych akordów mamy tam jedynie cień czegoś bakaratowego, ale niewielki.
Opinia końcowa o perfumach Marc Jacobs Perfect Absolute
Dla mnie to premiera ekstremalnie ciekawa. Jest sztuczna do bólu głowy, ale w tej sztuczności jest pomysł. To nie jest kolejna kopia kolejnych flankerów Si, Le Vie Est Belle czy La Nuit Tresor. Ten zapach po prostu się wyróżnia i już sam ten fakt zdobywa punkty.

Kampania perfum Perfect Absolute




