
W tym roku mija 20 lat od premiery tej kompozycji. To zapach o tyle istotny, że wpisał się w kanony męskiej perfumerii, i to nie tylko z niszowego punktu widzenia.
MDCI Invasion Barbare stanowi przykład zmiennej, nieciężkiej, szykownej interpretacji skórzanego fiołka z tonami drzewnymi i zielonymi. Do tego doszła pewna, choć niewielka doza słodyczy. Pozornie to nudne i mało odkrywcze nuty, ale w praktyce zapach ten okazał się ponadczasowym pomostem między skórzanością Fahrenheita a kompozycjami, które stały się bestsellerami dzisiaj (jak Dior Sauvage z lawendą czy skórzany Tom Ford Ombre Leather).
Rozpoczyna się w sposób aromatyczny. Świdruje w nosie świeżymi ziołami i lawendą. Całość wyraźnie zroszona jest sokiem z dojrzałej bergamotki. Jest zielono, przestrzennie. Czuć wręcz rześkość poranka. W drugim rzucie pojawia się wrażenie, które dla mnie definiuje całość tych perfum – herbata. O tyle jest to zaskakujące, że w spisie nut nie występuje ta pozycja. Zakładam zatem, że to pokłosie gry tymianku i innych ziół oraz kardamonu. To wszystko sprawia, że akord herbaciany przypomina herbatę czerwoną, z nutami lekko dymnymi, drewnienkowymi. Bardzo lubię ten efekt.
Jeszcze dalej Invasion Barbare robi krok w stronę słodyczy. To jest akcent dość klasyczny, który odwołuje się do granatowej Dolce&Gabbany, i może kojarzyć się z klimatami fougere i bobem tonka. Natomiast herbaciano-dymny akcent nie ginie. Stanowi zatem element widoczny do samego końca.
Na to wszystko, od początku do końca, nałożony jest filtr fiołkowych liści, które nie pachną ani pudrowo, ani drzewnie-mokro, a właśnie w sposób subtelnie skórzany. Wrażenie to nie jest na tyle mocne, aby wprost nazwać Invasion Barbare wonią skórzaną, ale sprawia, że kompozycja emanuje męską elegancją w stylu garniturowym.
Opinia końcowa o perfumach MDCI Invasion Barbare
20 lat na rynku mówi samo za siebie. To perfumy z klasą i werwą, które stały się wręcz benchmarkiem męskości we francuskiej perfumerii.




