
Nowa kolekcja ekstraktów Yves Saint Laurent nie zrobiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia.
Opowieść o składnikach macerowanych z drewnem dębowym nie przekłada się na faktyczne walory kompozycyjne. Na pierwszy ogień wziąłem YSL Tuxedo Extrait Patchouli 66.
To paczula bez historii. Zapach jest po pierwsze bardzo płaski. Nie ma głębi nut. I wcale nie pachnie lepiej od klasycznej odsłony Tuxedo (którą 10 lat temu oceniłem średnio z plusem), a jest wręcz gorsza. Opinię swoją buduję na fakcie, że nowa i ultraluksusowa kreacja jest niezmienna, martwa. Być może w składzie są ekstremalnie drogie i rzadkie składniki, ale tego po prostu nie czuć. To jakaś tam drzewna paczula w słodkiej, męskiej wersji, którą utopiono w waniliowo-ambrowo-drzewnych molekułach z ISO E Super na czele. Początek ma mainstreamowy. Później zyskuje pewną dozę skórzaności, żywiczności i głębi, ale to i tak nie jest nic, czego nie było wcześniej.
Opinia końcowa o perfumach YSL Tuxedo Extrait Patchouli 66
Być może gdyby to była woda toaletowa lub perfumowana, to te składniki mogłoby pokazać klasę i piękno swojej gry. Stworzenie ekstraktu (w dzisiejszych czasach oznacza to prawie zawsze dodanie syntetycznych i tanich molekuł w celu podbicia stężenia) Tuxedo w tej formie było błędem, bo nie jest to produkt w żadnym wypadku wyjątkowy. Na tle klasyka wypada całościowo słabiej.

Kampania perfum Tuxedo Patchouli 66




