Miał być anty-zapachem w świecie zanieczyszczonym perfumami. A stąd już bardzo blisko to postindustrialnej idei Comme des Garcons. Lutensowi nie wypada. Zupełnie nowa butelka, choć atomizer dalej ten sam. Widać, że na całkowite zmiany nie starczyło pieniędzy. A samo L’Eau Serge Lutens jest traktowane w kategorii eksperymentu- to widać. Trudno oprzeć się skojarzeniom z reklamą proszku do prania Ariel, gdzie grupa naukowców w laboratoriach traktowała mieszaninę detergentów jakby była dziełem samego Boga. Z tym zapachem jest podobnie. Dorobili ideologię, odwołali się do czystości, do mydła, do wypranej bielizny, do świeżej wody i karki papieru. Po co?
Całość nie jest tak uniseksowa jak się zakłada. L’Eau Serge Lutens ciąży w stronę kobiety, trochę jak A Scent (nie jest jednak tak chrupiąco zielony). Metalizowanie za pomocą aldehydów jest wyraźnie widoczne, choć nie dokopałem się do żadnych informacji o ich wykorzystaniu. Jest też pewnie białe piżmo, może jakieś kwiaty i cytrusy w głowie. Zapach jest skrajnie świeży,
ale wyróżnia się na tle innych. Chemiczne pociągnięcia pędzlem są aż nazbyt widoczne, ale mam wrażenie doskonałej świadomości tworzenia. Każda nuta na pewno jest przemyślana, bo kompozycja pięknie się rozwija na skórze. Powoli i z sensem.
Jest to na pewno coś innego i nie da się porównać L’Eau Serge Lutens do jakiejkolwiek innej ich kompozycji. Nie wieszam jednak psów na tym zapachu, bo w swojej kategorii się broni. Jeśli ktoś zarzuca mu wtórność lub nudę to najpierw powinien wziąć z półki obok jakieś świeższe zapachy i wtedy ocenić. Szok może powodować błędną opinię, ale po opadnięciu emocji kompozycja Lutensa jawi się jako ciekawy zapach choćby na europejskie lato.
Nuty: w większości pewnie syntetyki o chemicznych nazwach; może olejki cytrusowy; białe piżmo, aldehydy
Rok powstania: 2009/2010
Twórca: czyżby Sheldrake?
Fot. nr 2 pochodzi z www.sunvert.eu




