Jakoś tak się złożyło, że podczas tych wakacji zobaczyłem dno aż w czterech butelkach swoich perfum. Zdarza mi się to bardzo rzadko, bo zazwyczaj z żadnych zapachem nie jest aż tak długo. Przed smutnym końcem moje perfumy lecą, hen, w świat. I cieszą nosy innych.
Tym razem puste flaszki są naprawdę wiele znaczące dla mnie. Zobaczcie sami…
Diptyque Philosykos to perfumy pachnące figą. Są trawiaste, zielone, a później delikatnie mleczne. Uwielbiam go. „Philosykos” to „przyjaciel drzewa figowego”.
Butelkę na zdjęciu kupiłem na ebayu. Przyleciała do mnie bodajże z Włoch. To był rok 2007, może 2008. Jakoś tak. Przez te wszystkie lata nie zbrzydł mi, nie znudził się. Następny flakon to pewniak!
Molekuły 01 mają wśród tysiąca zalet mają jedną wadę: żeby pachniały naprawdę zjawisko trzeba użyć kolosalnej dawki 20-30 psików. Wtedy dopiero ISO E Super podkręca chemię skóry tak bardzo, że gotów jestem uwierzyć w afrodyzjakalne właściwości tej substancji.
Ostatnie mililitry spoczywały na dnie, ale kilka dni temu postanowiłem raz jeszcze poczarować tym zapachem.
Hermes Un Jardin apres la Mousson – zapach moich zeszłorocznych wakacji. Zlewałem się namiętnie i hojnie. To przykład ambitnego i niebanalnego świeżaka. Na takie perfumy zawsze znajdzie się okazja. Wiem jednak, że jego miejsce zajmą lodowe gruszki Dior Higher.
I na sam koniec maleństwo. 15 mL-owa butelka Un Jardin en Mediterranee. Tutaj na pewno będę się targał na wielką butlę. Kto zna zapach, ten we, że jest genialny.
Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.








