
Ostatnia z nowości marki Heeley pojawiła się na rynku w grudniu, lecz piszę o niej dopiero teraz z kilku powodów.
Najważniejszym jest fakt, że Heeley Blanc Poudre to pierwszy zapach w portfolio twórcy, który razi tanią chemią. Do tej pory jego perfumy zachwycały naturalnością i finezją. Tak było z kadzidlano-żywiczną Eau Sacree czy oryginalną interpretacją cytrusów w Note de Yuzu – dwiema premierami przed BP. Nie wspominam nawet o genialnych miksturach pochodzących z lat 2006-2015.
Tym razem dostajemy pod nos kompozycję, która ma nawiązywać do porcelany, czystości i białego pudru. I w zasadzie nawiązuje. Z tym, że jakość składników nie zachwyca. Na tej podstawie, śmiem przypuszczać, że około 75-95% ingrediencji to tanie syntetyki, które mają imitować kwiaty, wanilię i drewno sandałowe.

W efekcie perfumy są niemal martwe. Nie zmieniają się na skórze, a niewielkie fale w kompozycji niosą wrażenie drobno zmielonego plastiku, a nie pudru. Jest mdło, dziwnie słodko, zwłaszcza w sercu i bazie. Generalnie, im później, tym stopniowo coraz trywialniej. Trochę tak jakbym się wytarzał w mieszaninie mąki i proszku do pieczenia.
Opinia końcowa o Heeley Blanc Poudre
Podsumowując, jest to zdecydowanie najsłabsze dzieło Heeley’a w historii i pierwsze, które poraża tanią syntetycznością. Gdyby miała być ocena, to byłaby z dołu skali… Z tego też powodu perfumy te nie są dostępne w Impressium



