
Słodyczy nigdy za wiele.
Niderlandzka para tym razem postanowiła przenieść ciężar z mocno kwiatowych tonów klasycznego Flowerbomb Eau de Parfum w kierunku pralinkowo-irysowej słodyczy La Vie Est Belle i bardziej różanej La Nuit Tresor. W efekcie najnowsze perfumy Viktor&Rolf Flowerbomb Dew będą w stanie zachwycić fanki obu wielkich kompozycji.
Słowo „zachwycić” może nie jest najszczęśliwsze, ponieważ to absolutnie nie są perfumy, które rzucają na kolana. Nie można im jednak odmówić rzetelności wykonania. I to właśnie to jest ich największą zaletą. Kompozycja pracuje na skórze, nie jest nadmiernie plastikowa, ma w miarę przyzwoitą bazę, no i jest generalnie przyjemna.

Brakuje mi pełnego spisu nut, ponieważ we Flowerbomb Dew jak żywo wyczuwam pralinki, czekoladki na paczulowej bazie. Jest słodka róża i równie słodki (a nie pudrowy) irys. Zapach może się dzięki temu podobać, choć jest obrzydliwie wtórny. Jeśli ktoś szuka oryginalności, to powinien omijać te perfumy.
Początek to skondensowana słodycz, której moc z czasem maleje. Pojawia się więcej tonów kosmetycznych, pomadkowych (raczej bez pudru). Cukru jest może mniej, ale ze sceny nie schodzi. Z kwestii istotnych wspomnę, że wątek pralinkowy staje się odsłonięty i przez to wydaje się być intensywniejszy. Co więcej, ogólne wrażenie pralinek (czyli różnorodnych czekoladek z nadzieniami) przechodzi subtelnie w czekoladę. Na moment pojawi się też sezamowy niuans.

W bazie zaczynają pokazywać się elementy tańsze i paskudniejsze, a Viktor&Rolf Flowerbomb Dew rysuje się w plastikowej ramce. Na szczęście nie jest to efekt porażająco tani. Poza tym w fundamencie i tak czuć sporo rzeczy z etapów wcześniejszych, więc nie ma tragedii.
Opinia końcowa o perfumach Viktor & Rolf Flowerbomb Dew
Myślę, że to przyzwoity, choć wyprany z oryginalności zapach. Wierzę jednak, że zyska olbrzymią sympatię, bo na tle nurtu kwiatowego i smakowitego prezentuje się nieźle. Nie ma też nim wyeksponowanych oblepiających, duszących frakcji.




