
Zapach opisywany jako elegancki, herbaciany i lekki
Givenchy Sans Artifice to woń faktycznie piórkowa. Formalnie różę połączono tu z imbirem i z białą herbatą, ale praktyka jest nieco inna. Róża – choć wyraźna i możliwa do detekcji – ma bardzo niestandardową formę. Jest w niej pewna pudrowość, transparentność. Czasami można to zjawisko zauważyć wąchając kwitnące mimozy. To jest taki efekt na pograniczu lekkiego pudru i kurzu. Z tym, że tutaj ta granica nie jest przekroczona. Można to porównać też do woalu z organzy (lub czegoś prześwitującego), który stoi między nami a sceną perfum.
Imbir jest lekki i wyczuwalny jedynie na początku. Natomiast nie wchodzi nawet na drugi plan. Gdzieś z tła rzuca swoje pikantno-drzewne iskierki, które zresztą dobrze pasują do ujęcia samej róży. Nigdy jednak nie jest to przyprawa w formie agresywnej. Te iskierki zdają się mieć obłe brzegi i być obwiązane wstążką. I cały czas grają za tym filtrem z organzy, który rozmywa obraz i nadaje mu pewnej delikatnej pudrowości.

Przy perfumach Givenchy Sans Artificie wydaje mi się, że trzeba o tym efekcie mówić, jako o najważniejszym. To on sprawia, że ten zapach wypada zupełnie inaczej niż herbaciano-różane i radośnie beztroskie Jardin Precieux. Tutaj mamy zupełnie inny styl perfum, choć nuty pozornie w tym samym klimacie (w obu jest herbata, róża, drzewa, piżma, cytrusy).
Niestety, z czasem – już po 1,5-2 godzinach od aplikacji – kompozycja Sans Artificie zaczyna ocierać się o granicę między elegancką pudrowością a masowym zakurzeniem. I o ile na początku całość sprawia wrażenie stonowanej konstrukcji z klasą, to później już tej wyjątkowości nie czuć. Wręcz widać coś negatywnego.
Opinia końcowa o perfumach Givenchy Sans Artifice
Ciekawy przykład eleganckiego, a nie frywolnego złożenia róży i herbaty. Tylko szkoda, że ta misterna gra obejmuje tylko pierwszą część kompozycji.




