
Czasami bezwolnie i bezwiednie przychodzą nam na myśl jakieś głupotki. W przypadku tych perfum nie mogłem wyrzucić z głowy zdania: „Oto Eladaria, siostra Syr-Darii i Amu-Darii”. I od razu myśli wędrowały w kierunki aromatów orientu i jakiejś świątyni na zboczach Pamiru. No, ale tak nie jest…
Creed Eladaria to woń róży i różowych kwiatów. Jak już zaaplikujemy perfumy na skórę, to bez czytania spisu nut powinniśmy odkryć dwie nuty – różę i piwonię. Efekt ten jest bardzo wyraźny, ale różny od tego, który znamy np. z Narciso Rodriguez for Her Eau de Parfum. Eladaria to woń z duża ilością ostrych cytrusów i metalicznego, czerwonego pieprzu. To nasuwa pewne skojarzenia ze stylem Quentina Bischa (np. Valaya, Delina, Fleur Narcotique), ale daleki jestem, żeby wysunąć stwierdzenia o podobieństwie Eladarii do tamtych kompozycji. Na pewno trzeba wspomnieć o kwiaciarnianym, nieco „liliowym” przechyle tych różowych kwiatów.
Róża jest tu świeża, ale podkręcona nowoczesnymi aldehydami i czymś nawiązującym do Akigalawood. Jest tu konwaliowość, jest sterylność i czystość oraz chłodne, rześkie cytrusy. Wątki cytrusowe mają też pewien ładunek zieleni. Za to brak w nich cukru, To owoce niedojrzałe. Mogą nawet przypominać zawiązki owoców ukryte wśród zielonego listowia.
Czas nieco ugładza perfumy marki Creed. Wówczas Eladaria staje się bardziej kremowa i nieco cieplejsza. Natomiast też nie jest tak, że różano-piwoniowe wątki zanikają. Motyw ostrości różowych kwiatów jest dominantą tej kompozycji i czuć go do samego końca. W bazie pojawia się dużo elementów sterylnych, piżmowo-ambrowych, które nieco obniżają szlachetność kompozycji, ale też nie są tragedią. W perfumach tego typu często piżmowe wykończenia są normą i logicznych rozwiązaniem.
Opinia końcowa o perfumach Creed Eladaria
To kontynuacja kolekcji złożonej z zapachu Carmina i Queen of Silk. Moim faworytem w tym typie pozostaje Wind Flowers.

Kampania perfum Eladaria




