
Skórzana zieleń to nie jest częsty motyw w perfumach, choć za prekursora tego gatunku można byłoby uważać Fahrenheita Diora.
W klasyku z 1988 roku użyto bowiem absolutu liści fiołka, który nie pachnie kwiatowo, a właśnie drzewnie i zielone. Z tym, że to jest zieleń zbutwiała, dość mroczna i mokra. W najnowszych perfumach Penhaligon’s Fortuitous Finley podążamy właśnie w takim kierunku. Oficjalny spis nut też nie do końca oddaje aromat kompozycji. Gdyby ktoś mnie zapytał o główne wrażenie, to powiedziałbym, że jest tu fiołek, mech i akord wodny (nie morski).
Kompozycja zaczyna się mocnym wodno-owocowym tonem, któremu towarzyszy woń rozciętej figi i butwiejącego, skropionego deszczem drewna. Faktycznie może rodzić skojarzenia z wielkim dziełem Diora lat 80., ale to tylko jeden z detali. Mokra zieleń zostaje z nami do końca, choć zmieniają się jej składowe. Po figowej owocowości staje się bardziej drzewna i przyprawowa, choć nie poczujemy tu wprost kardamonu, ani pistacji. Gdzieś w tła wydobywa się subtelna strużka ozonu.
Jeśli miałbym opisać skórę, to też powiedziałbym, że jest miękka, ciepła i… mokra. Może nawet zauważyłbym pierwiastek gnijący. Z czasem w okolicach akordu skórzanego zaczyna pojawiać się mech dębowy. Nie ma on wykończenia ostrego lub retro-szyprowego. Jest miękki. Wilgotny. Trochę przypomina polski las w deszczowy, letni dzień.
Penhaligon’s Fortuitous Finley to nie są perfumy szczególnie zmienne, wielowątkowe czy bogate. To raczej zieleń minimalistyczna, utrzymana w jednych ramach od początku do końca. Natomiast jest w niej szlachetność z dozą frywolności.
Opinia końcowa o perfumach Penhaligon’s Fortuitous Finley
Ładny, zielono-wodno-skórzany zapach, który w świecie niszy nie ma kopii, a nawiązuje w małym stopniu do męskich, skórzanych fiołków sprzed lat. Natomiast na ich tle wypada raczej prosto i minimalistycznie.

Kampania perfum Fortuitous Finely




