
Nowa pozycja Kenzo pojawiła się tuż przed wakacjami, ale z praktycznego punktu widzenia nie jest to kompozycja jedynie letnia.
Kenzo L’Eau Pure interpretuje bowiem temat prania, kadzidła i lekkość w aldehydowym, metalicznym wydaniu. W tym przypadku też jasno widać wpływ marketingu na odbiór perfum. Gdyby decyzją marki była komunikacja perfum jako kadzidlanych, to można byłoby to z łatwością zrobić. Wynika to z tego, że jedne i te same składniki służą perfumiarzom do wyrażenia aldehydowej czystości, jak i kadzidlanego chłodu. Oczywiście, cały czas musimy mieć świadomość, że poruszamy się w klimacie molekułowym. Tu nie ma naturalnego olibanum, ani żadnych kwiatowych olejków/absolutów.
Pod kątem jakości składników jesteśmy zatem na niższym poziomie, ale stylistycznie zapach nie odbiega od tego co proponuje Maison Francis Kurkdjian 724 czy Frederic Malle Acne Studio (choć tutaj może i odbiega).
Początek kreuje wrażenie kadzidlaności i metalicznego światła. Później pojawiają się dość agresywne cytrusy w formie kwaśnego soku z cytryną pomieszanego z cifem. Jeszcze dalej wchodzimy w obszary morsko-calonowe. Trochę jak Light Blue. Później L’Eau Pure staje się czysto-proszkowy. Następnie pojawia się faza czysto-miękka, mniej agresywna, bardziej „kokonowa”. W samej bazie pojawia się metaliczny posmak piżm owocowych. Na tym późnym etapie wracają też detergentowe cytrusy.
Opinia końcowa o perfumach Kenzo L’Eau Pure
Kompozycja jest bardzo zmienna. Doceniam jej dopracowanie i ilość detali. Jednocześnie jest bardzo chemiczna i dla mnie nie do przejścia. Zakładam jednak, że jej kreacja wymagała czasu i pracy perfumiarza, który zna się na swoim fachu. Perfumiarz-amator na pewno nie byłby w stanie wykreować takiego zapachu. I właśnie z tytułu tego dopracowania wystawiam względnie wysoką ocenę.

Kampania perfum L’Eau Pure




