
Miałem tę recenzję przygotować już miesiąc temu, ale cały czas mi uciekała.
Mugler Alien Pulp z pewnością są jedną z najgłośniejszych i najbardziej wyczekiwanych premier zapowiadających wiosnę. Problem z tymi perfumami polega jednak na tym, że DNA klasyka (Mugler Alien Eau de Parfum) zostało rozcieńczone, a dodatki, które zaproponował Dominique Ropion są nie najwyższych lotów. Widać, że nowa edycja to ukłon w stronę nowych, potencjalnych klientek, a nie koneserek dawnych wersji i samego klasyka.
Do wersji Pulp dołączono wiele cytrusów w akordzie głowy i serca. Jest zatem kwaskowo, iskrząco, cukierkowo. Nie są to jednak cytrusy ani kolońskie, ani likierowe, ani naturalne, takie z drzewa. Przypominać mogą np. cytrusową gumę do żucia. Do tego dochodzi ton malinowy, który też jest uwięziony w konwencji cukierków pudrowanych z dużą dozą kwaskowatości, słodyczy. Z kolei na pewno nie doświadczymy tutaj frakcji zielonych, liściastych lub krzakowo-glebowych. To nie jest naturalna malina, ani nie są jakieś szlachetne malinowe przetwory/słodycze.
Zapach z tego względu opisałbym jako dziewczęcy, prosty, uroczy. To taki Alien w wersji „lajt”.
Kiedy jednak akord „Pulp” zanika, to pokazuje się część „Alien”. I tutaj już jasno nakreśliłbym obraz tragedii. Akord ten jest uproszczony, uchemiczniony i ugrzeczniony do bólu. Gdyby ktoś pokazał mi te perfumy po dwóch, trzech godzinach od aplikacji, to powiedziałby, że wącham jakąś podróbę Aliena. To są po prostu jakieś alienowe popłuczyny. Cała złożoność i misterność zostały utracone.
Opinia końcowa o perfumach Mugler Alien Pulp
To jedna ze słabszych, limitowanych wariacji na temat Aliena. Czuć taniość i masowość rodem z niższej półki od tej, z którą zazwyczaj kojarzymy markę Mugler.

Kampania perfum Alien Pulp




