
To szczytowy przykład perfum, które powstały jako owoc marketingowej kalkulacji.
Ma być tanio, ładnie i tak, żeby każdemu się spodobało. Issey Miyake Lumiere d’Issey bardzo mocno nawiązuje do współczesnych akordów białokwiatowych, które brzmią słodko i mają w sobie elektryczną migotliwość molekuł. Jeśli zatem ktoś zna Prada Paradoxe, Valentino Voce Viva czy YSL Libre, to rozpozna ten klimat. Nie ma tutaj natomiast białych kwiatów w odsłonie naturalnej, która mogliśmy zobaczyć np. w Gucci Bloom czy Twilly d’Hermes.
Propozycja Issey Miyake nie brzmi też tak szlachetnie i nie prezentuje tego poziomu co rodzina Libre. Natomiast pachnie wyraźnie lepiej i mniej sztucznie niż Paradoxe, choć zapachowo są naprawdę podobne. Plusem interpretacji Issey Miyake jest kremowo-świetlisty akord cytrusowy, który pachnie i naturalnie, i ma w sobie pewną kremowość, a jednocześnie nie ma w nim ostrości lub agresji. Kompozycja jest spokojna, ale nie jest płaska. Płynnie przechodzi w obszary neroli, które wyglądają nowocześnie i mało w nich klasycznej naturalności. Jednocześnie nie jesteśmy też zalewani jakimś przesłodzonym plastikiem. Styl białych kwiatów ma ślad klasy Libre, co uważam za pozytywną cechę.
Później pojawia się słodka baza. Jest ona dość wtórna, chemiczna i bez charakteru, ale też można spotkać dużo gorsze końcówki. Nie ma zatem tragedii. Producent deklaruje pistację, ale to raczej marketing, a nie prawdziwa nuta wyczuwalna w perfumach.
Opinia końcowa o perfumach Issey Miyake Lumiere d’Issey
Produkt powstał na fali popularności współczesnych, molekułowo-iskrzących białokwiatowców. Nie są to kwiaty mające wiele wspólnego z naturą, ale na pewno podobają się one w latach 20. XXI wieku. Wieszczę sukces komercyjny.
Jeśli jednak ktoś buduje kolekcję, to polecam najpierw testy rodziny Libre, bo tam poziom jest znacznie wyższy i chyba nie ma sensu zadowalać się takim surogatem jak Lumiere d’Issey.

Kampania perfum Lumiere d’Issey




