
Mając w pamięci mglisty, ale pozytywny obraz dawnych perfum tej marki bardzo byłem ciekaw tego, jak wypadnie to zapachowe wskrzeszenie.
Max Mara Le Parfum opisywana jest jako zapach kwiatowo-waniliowy o drzewnej bazie. Jest przyjemny we wrażeniu ogólnym, ale nie zapada w pamięć jak dawne kompozycje tej firmy. Na początku mamy złożenie cytrusów i tuberozy o miłej, naturalnej, dość świeżej twarzy. Pod względem mocy i klimatu ogólnego poruszamy się gdzieś pomiędzy Chloe Nomade a Armani My Way. Z wielkim hitem Chloe łączy ten produkt również podejście do kreacji i ogólna budowa – pozytywne rozpoczęcie i mniej pozytywna reszta.
Akcenty kwiatowy są zatem wyraźnie przestrzenne, nieco z owocowo-zielonym twistem. Do tego startu nie mam zastrzeżeń. Uważam wręcz, że jest bardzo ponadprzeciętny. Jest w tej tuberozie pewna elektryczność, świeżość i słodycz o jednocześnie skórzanej i cukierkowo-lodowej podstawie. Gdzieś w tle mignie skojarzenie z herbatą jaśminową. Składniki są mokre i żywe.
Natomiast po niezbyt długim czasie Max Mara La Perfum wchodzi w obszar kwiatowo-molekułowy, zakurzono-piżmowy i waniliowy, choć z prawdziwą wanilią nie ma to za wiele wspólnego. Syntetyki waniliowe, drzewne i piżmowe stają się dominantą, a cała magia znika. Na tym etapie skojarzyłbym tę premierę z jakimiś waniliowo-piżmowymi premierami z półki średniej i niskiej.
Całość podzieliłbym zatem na dwa etapy: udany, soczysty start z nutą owocowej tuberozy oraz zakurzona, syntetycznie drzewno-waniliowe baza. Problem polega na tym, że pierwsza część trwa 15-30 minut, a druga następnych 5-6 godzin.
Opinia końcowa o perfumach Max Mara Le Parfum
Dopracowany i ciekawy akord startu to za mało, aby stanowić przeciwwagę dla tragicznej bazy. Dziwię się, że ktoś wpadł na taki pomysł, bo gdyby fundament był piękny i szlachetny, to mielibyśmy szansę na dzieło sztuki.

Kampania perfum Le Parfum




