
Chloe powraca do tematu swojego klasyka, ale tylko pozornie. Nowa wersja powinna być bowiem oddzielnym zapachem
Po pierwsze, Chloe Le Nectar nie ma w sobie ani grama nuty różanej. Ta recenzja pojawia się zresztą z dużym opóźnieniem, ponieważ założyłem, że napełniłem swoją próbkę złym testerem. Finalnie okazało się, że to jednak nie jest pomyłka.
Wersja Le Nectar jest sucha. Kieruje się w stronę orientu, ale przetłumaczonego przez pryzmat molekuł. Mamy tutaj mnóstwo składników ambrowo-drzewnych, które występują na pierwszym planie. W głębi gra co prawda cień szlachetności w typie Shalimar, Opium lub Obsession. To znaczy, że czuć tutaj jakąś maleńką nutę lat 80., ale to ledwie detal w towarzystwie akordów współczesnych.
W praktyce zrobiono znowu coś na kształt Chloe Nomade Nuit d’Egypte. Marketingowo komunikowany jest zatem zapach orientalny, ciężki, z charakterem. Praktyka pokazuje jednak kompozycję na wskroś chemiczną, w której ledwie mała część kojarzy się szlachetnie.
Jeśli chodzi o kwiaty, to w zasadzie może być to coś na kształt zasuszonych płatków wyciągniętych z zielnika lub akord kosmetyków z dawnych lat – czysty, ale z takim niuansem buduaru. Następnie całość nabiera drzewno-zakurzonej i ambrowej facjaty.
Opinia końcowa o perfumach Chloe Le Nectar
Zdecydowanie nie jest to klimat, którego oczekiwałbym po marce Chloe. Le Nectar jest ciekawy, ale zrobiony w sposób tani. Dodatkowo nie zachwyca swoim życiem na skórze czy na papierze. Trochę pachnie to tak, jakby bohater był w molekułowych kajdanach.
Doceniam jednak pomysł, choć wykonanie jest słabe.

Kampania perfum Le Nectar




