
Dzisiaj zapach z kategorii cięższych
Charlotte Tilbury More Sex to bowiem perfumy skórzane, drzewne. Według zamysłu twórców mają być eliksirem uwodzenia, który sprawi, że w naszym życiu pojawi się więcej seksu. Zakładam, że stąd właśnie próba wplecenie wątków skórzano-zwierzęcych. To jednak bardzo powierzchowne traktowanie tematu.
W praktyce to zapach, który należy do grupy wyznaczonej przez Tuscan Leather. Samo w sobie nie jest to żadną wadą. Co więcej, w przypadku Charlotte Tilbury More Sex mówimy tylko o podobieństwie akordu skórzanego, ponieważ tony owocowe – tak charakterystyczne dla kreacji Toma Forda – tutaj nie występują. Sama skóra jest dość jasna i od razu towarzyszy jej spory ładunek molekuł piżmowo-ambrowych. One rozjaśniają, ale i trochę „zakurzają” perfumy.
W pierwszej części More Sex pojawia się też nuta, której nie mogę uzasadnić oficjalnym spisem. To coś drzewno-kminowego, przubrudzonego. Kto używa kminu rzymskiego w kuchni, to powinien rozpoznać ten charakterystyczny, nieco zwierzęcy aromat. Zawsze jest to element, który urozmaica kompozycję.
Z rzeczy mniej „fajnych” wyróżniłbym coś, co przypomina mi różne syntetyki oudowe, które pojawiały się w męskich perfumach z nazwą „oud”. To pachnie dość tanio, sucho, wytrawnie, ale też mały ma poziom szlachetności. Jeśli do tego dodamy fakt, że z czasem rośnie poziom „zakurzenia” zapachu, to finalna ocena perfum nie może być jakaś duża.
W poczet wad zaliczam też względnie prostą, klockową budowę. Kompozycja żyje tylko na początku, a później zastyga w postaci różnych drzewno-ambrowo-piżmowopodobnych syntetyków.
Opinia końcowa o perfumach Charlotte Tilbury More Sex
Zrobienie dobrych perfum skórzanych w grupie Tuscan Leather to wielka sztuka. A tutaj to kompletnie nie wyszło.

Kampania perfum More Sex




