
Nie planowałem tej recenzji, ale tak się stało, że najpierw blotter, a później próbka wpadły w moje dłonie.
Kompozycja jest trochę smakowita, mocno tuberozowa i trochę oszukuje nos, ale w pozytywnym znaczeniu. Niektóre absoluty tuberozy mają bowiem to do siebie, że pachną w sposób skórzany, truskawkowy lub jak palone opony. I właśnie coś takiego można dostrzec w perfumach Thomas de Monaco Luisant Haze. Jeśli ktoś zna twórczość Karine Chevallier – perfumiarki stojącej za tą kompozycją – ten dopatrzy się istotnych, wspólnych wątków z Venom Incarnat marki Stephane Humbet Lucas. Łączy je wątek poziomkowy i skórzano-słodki, które powstały za sprawą dokładnie tych samych składników.
Luisant Haze jest jednak wonią znacznie bardziej kwiatową, a frakcje drzewne i skórzane są daleko w tle. Kompozycja ma wątki gumy do żucia, waty cukrowej i takiej skondensowanej, różowej słodyczy. Dla niektórych będzie to brzmiało infantylnie, ale gęstość tych różowości jest tak duża, że przekracza wyobrażenie. Do tego po czasie dochodzi tuberoza, która nie znika w późniejszych etapach. I jest gęsta, upojna, trochę plastikowa, ale jest w tym myśl.
Można śmiało powiedzieć, że te perfumy są lepkie i otaczające. Fani tego typu kompozycji będą z pewnością nimi ukontentowani. Warto jednak zaznaczyć, że te przysadziste wrażenia nie są tanie czy niskopółkowe, choć cały czas jest nich ten balonowo-różowy pierwiastek.
Nie jest to bardzo zmienna kompozycja. Zapach wąchany od razu po aplikacji i po 8-9 godzinach wciąż jest łatwy do rozpoznania. Nie jest jednak martwy. W obrębie tej kwiatowo-gumowej słodyczy każda z nut pracuje i zmienia się, choć nie w sposób spektakularny.
Doceniam to, że w nawet w najgłębszej bazie Luisant Haze pachnie spójnie i nie wchodzi w jakieś niskiej jakości tony.
Opinia końcowa o perfumach Thomas de Monaco Luisant Haze
To dopracowana kompozycji w klimacie gumowo-tuberozowym, choć momentami wydaje się zbyt mocno doprawiona molekułami, które zakłócają odbiór tuberozy.

Kampania perfum Luisant Haze




