
Dzisiaj dla odmiany kilka słów o tym, że piękne składniki i piękne opowieści nie zawsze są omenem pięknych perfum.
Hermessence Myrrhe Eglantine miały być pierwszą kompozycją bazującą na żywicy mirrowej (w akordem róży rdzawej – stąd w nazwie „eglantine” lub, w przypadku innych wersji, z akordem owoców dzikiej róży) w dorobku marki Hermes. Historia zatem podobna jak z pierwszym oudowcem: Agar Ebene. Problem w przypadku dzisiejszego zapachu leży w dwóch kwestiach.
Po pierwsze, to nie są perfumy mirrowe. Jestem prawie pewien, że bez czytania spisu nut większość osób nawet nie wpadłaby na to, że tego typu partia występuje w tym produkcie. Nie mówię już o tym, że wyczuwałaby ją na pierwszym planie, w roli ingrediencji tytułowej. Rolę składnika kluczowego w Myrrhe Eglantine pełni bowiem róża.

I tutaj dochodzimy do drugiej kwestii. Róża sama w sobie jest naturalna, soczysta, nieco zielona i konfiturowa. Pachnie jednak nie jak perfumy, a jak czysty olejek. Trudno zatem uznać to za jakieś osiągnięcie. Hermes przedstawia bowiem dzieło natury, a nie dzieło sztuki. Oczywiście sama róża jest genialnej jakości.
Dopiero w bazie pojawiają się jakieś cienie pojedynczych frakcji drzewnych, ale o żywiczności raczej nie może być mowy. W dodatku wkraczają nieszczerze niuanse jakichś fałszywych utrwalaczy.
Opinia końcowa o perfumach Hermessence Myrrhe Eglantine
W materii różanych i drzewnych kompozycji znacznie ciekawiej prezentuje się Galop d’Hermes. Myrrhe Eglantine może być bardziej rozpatrywane jako monotematyczne mgiełka zapachowa o nucie róży. Natomiast podkreślam: sam ten wątek jest ponadprzeciętnie przyjemny i realistyczny, i może się podobać.
Głównym zarzutem, który obniża ocenę, jest to, że konstrukcja perfum jest prosta i nie wymaga jakichś dużych umiejętności.

Kampania perfum Hermessence Myrrhe Eglantine
Z okazji premiery pięciu nowości w 2018 roku marka Hermes przygotowała bogatą sesję zdjęciową. Jedna z fotografii poniżej:




