
Na sam koniec przygody z nową, wesołą serią zostawiłem sobie wariację różaną.
Chopard Happy Felicia Roses to według mnie jedyne perfumy z tej linii, które mógłbym nazwać przeciętnymi. Nie są złe, ale też nie zaskakują niczym pozytywnym. Na pewno nie są tak niezwykłe jak Bigaradia, a nawet jak Lemon Dulci.
To róża w wersji słodkiej, owocowej, nieco zielonej. Soczystość i świeżość kompozycji rodzi skojarzenia z flagowcami Chloe czy Nicolai Rose Royale. Złożenie nut jest klasyczne: róża + czarna porzeczka + cytrusy + jakieś inne owoce. Natomiast wykonanie ma pewne wady. Nie jest to zapach tak naturalny jak dwa powyższe. Brakuje mu też opowieści. Oczywiście, daleki jestem od tego, aby powiedzieć, że to martwa i płaska kompozycja. W porównaniu do dwóch pozostałych perfum z serii Happy Chopard wypada jednak kiepsko.

Rozwój kompozycji, choć niewielki, wpływa tylko na pogorszenie walorów. W bazie róża robi się coraz mniej naturalna, choć nie wpadamy w obszary tragiczne. Zaletą jest zresztą sam fakt, że Dora Baghriche utrzymała tę nutę do najpóźniejszego fundamentu. To świadczy o jej umiejętnościach i zdobywa plusiki dla całości perfum.
Natomiast w końcówce zaczynają na wierzch wychodzić rzeczy średnio „fajne” – czuć utrwalacze i pojawia się cień kurzu w taniej odsłonie.
Opinia końcowa o Chopard Happy Felicia Roses
Przyjazny zapach różanej, owocowej słodyczy. Podąża znanymi ścieżkami, ale ma pewne braki. I na tle rodziny Happy Chopard, i na tle rynkowej konkurencji, wypada średnio.




