
To już kolejna interpretacja paczuli w wykonaniu Antoine Lie, która jest świetna (po Patchouli Noisette z zeszłego roku)
Houbigant Patchouli Sauvage to woń bardzo złożona, choć należy do kompozycji typu single note. Mamy tu szansę obcować z elementami chłodno-kamforowymi na początku. W miarę upływu czasu temperatura wzrasta. Pojawiają się tony ziemiste, mokre. Pięknie gra tu połączenie z zielonym, również „glebowym” wetiwerem. Później wyrasta z nich woń kakaowa, a następnie ciepło-drzewna, nieco dymna, okraszona jakimiś żywicami. Na samym końcu całość staje się bardziej miękka, słodsza, wygrzana promykami słońca, jakby ktoś dodał szczyptę wanilii i tonki. Odnoszę też wrażenie, że piramida przeszyta jest cedrowymi drzazgami i efekt ten trwa od startu do mety.
Taki telegraficzny skrót wrażeń pewnie mógłby wystarczyć za całą recenzję, ale nie odda tego, że perfumy te naprawdę żyją na skórze. Ich konstrukcja i sposób zmian są na naprawdę wysokim poziomie. To odróżnia je od wielu konkurentów na rynku. Bardzo często jest bowiem tak, że naturalny aromat olejku paczuli dominuje kompozycję i trwa w tym swoim piwniczno-czekoladowym zabarwieniu przez cały czas. Tutaj tego nie ma. Zapach odkrywa różne oblicza paczuli. I to nie tylko samej paczuli – w sensie różnych jej frakcji lub nawet różnych olejków. Antoine Lie tak zagrał innymi składnikami, że niemal „przyklejają” się do paczuli i stanowią jej integralną część. To dlatego Patchouli Sauvage możemy opisać w każdej chwili jako perfumy single note, ale przy tym jako woń arcydopracowaną, w której czuć wielką szlachetność i piękno nut.
Opinia końcowa o perfumach Houbigant Patchouli Sauvage La Collection Orientale
To bez wątpienia piękna i interesujące odsłona paczuli. Nie łamie ogólnego stereotypu perfum paczulowych, jest podobna do wielu, ale też zaskakuje swoją jakością i tym, jak bardzo została dopracowana, i jak szlachetnie brzmi.

Kampania perfum Patchouli Sauvage




