
Jakoś kolekcja Nomade nie wypada szczególnie dobrze w mojej ocenie.
Najnowsza pozycja tej rodziny – Chloe Nomade Jardin d’Egypte – kontynuuje trend. To syntetyczno-molekułowy zapach, któremu zdecydowanie bliżej do odsłony Nuit d’Egypte niż do Lumiere. Jest drzewno-zakurzony i stylistycznie zbliżony do pierwszej, egipskiej kompozycji, a nie wersji Lumiere, która jednak była wyraźniej kwiatowa (choć w podstawie i z nią znajdą się takie same elementy).
Początek Jardin d’Egypte jest kurzowo-drzewny, słodki (ale nie w lepiącej formie) i taki jak zmielone drewno z piaskiem. Gdzieś pobrzmiewa wątek suszonych, białych kwiatów, ale to tło. I nawet nie są to kwiaty, co jakieś syntetyki. Jest w tym duża ciężkość, wręcz olejkowość połączona z pudrowością. Odczucia są takie jakbym się wysmarował olejkiem do opalania, a później posypał jakimś drzewno-kwiatowym, ultrasuchym pyłem.
Jeśli miałbym dopatrywać się nut owocowych, to byłyby to owoce zasuszone, spalone słońcem, pozbawione roślinnych soków i w ogóle życia. Suszone figi czy daktyle faktycznie pasowałyby do tego opisu. Z tym, że nie są to wrażenie dosłowne. Myślę, że w ciemno raczej nikt nie powiedziałby, że to jakieś konkretne owoce.
Baza jest niemal kopią (ale na sterydach) tej z poprzednika. Jest drewniano-ambrowa, jasna, sucha i raczej nie kojarzy się drogo, choć jednocześnie nie jest tragiczna. Jest ciężka, jakby ktoś nas żywcem chciał zakopać w połączeniu mielonych plastików, żywic, drewna i kurzu. To wszystko składa się na to, że użycie słowa „jardin” w nazwie nie jest w mojej ocenie w ogóle uzasadnione.
Opinia końcowa o perfumach Chloe Nomade Jardin d’Egypte
W tej przysadzistości kryje się jednak jakaś moc. Bo choć chemiczne są to perfumy do bólu zębów, to jednocześnie są „inne”. Zapamiętam je. Tak sobie nawet myślę, że gdyby Egipcjanie używali jakiegoś pudru do balsamowania zwłok, to mógłbym on pachnieć nieco jak Nomade Jardin d’Egypte…

Kampania perfum




