
Ponoć perfumy te są bardzo podobne do Vanille de Tahiti, ale o tym nie mogę nic powiedzieć, ponieważ ich nie znam.
Recenzję Perris Tiare de Tahiti rozpocznę zatem od podstaw, bez porównań. To woń głęboko kwiatowa i „pielęgnacyjna”. Jasna. Początek ma kremowy, kosmetyczny niczym balsam do ciała. Jednocześnie jest to nuta czysta, sterylna wręcz. Może kojarzyć się z wytrawnym kokosem, a czasami nawet z niesłodką bezą. Paradoksalnie, nie jest to woń gorąca. Mimo tropikalnego z definicji charakteru widać tu pewien powiew chłodu.
Z obszarów balsamowo-czystych przechodzimy płynnie w klimaty bardziej olejkowe i plażowe. Jest tu na pewno element piżmowy i coś, co przypomina woń oliwek. Wydawać mogłoby się, że to powinny być piękne perfumy, ale jest w nich dużo trudności i pierwiastek turpistyczny. Przez to chyba nie staną się bestsellerem. Podobna sytuacja wydarzyła się zresztą w przypadku wycofanych już Nicolai Musc Monoi. W obu tych pachnidłach czuć wiele pozytywnych punktów, ale nie są one uniwersalne. Połączenie gardenii i akcentów białokwiatowych z akordem morskim i molekułą Calone to odważny pomysł, który z pewnością nie zdobędzie tłumów.
Perris Tiare de Tahiti w bazie zmierza do woni wodno-drzewnej z elementem kwiatowego kremu i piżma. Tutaj traci szlachetność i staje się przysadzisto-chemiczny. Wydaje mi się, że konkurencja potrafi jednak bardziej zaczarować nos swoim fundamentem. Kwiaty Perris są na początku intensywne i kremowe, lecz z czasem tracą animusz i stają się czymś na kształt kwiatowego aromatu do kosmetyków.
Opinia końcowa o perfumach Perris Tiare de Tahiti
W tym klimatach mamy dużo kompozycji i chyba ta nie jest najszczęśliwszą. O ile jej początek może ująć, o tyle baza jest już syntetyczna i mało szlachetna.

Kampania perfum Tiare de Tahiti




