
Czas zatem zakończyć przygodę z najbardziej luksusową linią od Estee Lauder
Ostatnim pachnideł, które jeszcze nie zostało opisane, jest Estee Lauder Private Collection Legacy. Anne Flipo postawiła tu na zieleń galbanum. Charakterystyczną żywicę otoczyła aromatem parnych ziół, mchu i nieco dusznego lasu. Kompozycja zatem wyraźnie nawiązuje do zapachu Synthetic Jungle, który ta sama perfumiarka wykonała dla Frederica Malle’a.
Tutaj mamy jednak większy ukłon w stronę klasyki lat 70. Całośc jest też rozmyta, jakby pokryta piżmem lub innymi syntetykami współczesności. To sprawia, że ani galbanum, ani naturalny mech, ani zioła, nie prezentują się w takie mocno naturalistycznej, świeżej formie. Z kolei w porównaniu do klasyka nie doświadczymy tutaj mocy szyprowości. Paczula jest ograbiona z mocy, rozcieńczona.
Czuć, że jakość składników jest wysoka, ale Private Collection Legacy brzmi jak perfumy jadące na zaciągniętym ręcznym hamulcu. I to zarówno w porównaniu z dawnymi klasykami galbanum (Chanel No. 19, Estee Lauder Private Collection) jak i współczesnymi galbanowcami.
Opinia końcowa o perfumach Estee Lauder Private Collection Legacy
W efekcie zapach jest niezły, ale na tle konkurencji wypada gorzej. Broni się jakością składników, ale nie ma tu niczego, czego nie widać u innych.

Kampania perfum Private Collection Legacy




