
Z wielką radością testowałem ten zapach. Jest inny.
Kojarzy się z wysuszoną alpejską łąką, na której drzewny, suchy aromat brązowego listowia traw miesza się z uwięzionymi w korzeniach olejkami eterycznymi ziół i krzewinek. Puredistance Ysayo rozpoczyna się przepięknym akordem zielonym, w którym galbanum w swojej wytrawnej, ostrej formie miesza się z botanicznie lekarską wonią wetiweru, siana, kopru i selera. Jest to ciężka świeżość o niełatwym wydźwięku.
Gdybym miał porównywać te perfumy do innych, to musiałbym sięgnąć albo do klasyków męskiej perfumerii, albo do niezależnych marek niszowych. Mamy bowiem w Ysayo paczulowo-wetiwerowy akord lat 70. (klasyki Bogarta, Aramisa, zielone Polo). Jest też akord offowy w stylu L’Eau Merzhin lub Racine Carree Lebretona (łączy je nuta selerowo-wetiwerowa). Może nawet kropla czegoś na kształt Chanel No. 19 i Antaeus.
W bazie zapach ten staje się lekko mszysty, podgniły. Przypomina butwiejące drewno. Gdzieś z daleka dochodzi woń chłodnej skóry. Temperatura spada. Na wysuszonej łące pojawia się wilgoć. Czuć mrok.
Jeszcze dalej pojawia się wątek żywiczno-ziemisty, ale daleki od galbanum wyczuwalnego na starcie. To grudki żywic wrzucone do mokrej gleby. Nie ma z tego dymu. W zamian za to pojawia się element grzybowo-piwniczny, który niesie wrażenie dżdżystego poranka lub osadzonych na wysuszonych roślinach kroplach rosy.
Opinia końcowa o perfumach Puredistance Ysayo
Pod kątem sprzedażowym będzie to z pewnością dramat, ale trudno się tym zapachem nie zachwycić. Czuć w nim i naturalność, i wysoką jakość składników samych w sobie, i widać pięknie przemyślaną konstrukcję. Na pewno polecam testy tej kompozycji wszystkich fanom galbanum, dawnych klasyków i Lebretona…

Kampania perfum Ysayo




