
Kolejny kroczek w kierunku ostatniej premiery tego roku.
Issey Miyake L’Eau d’Issey Rose & Rose prezentuje się ciekawiej od wersji męskiej – Wood & Wood. Mamy tu prawdziwą różę, która w dodatku pachnie nawet naturalnie. Nie łudzę się, że naprawdę jest tu olejek lub absolut róży (lub jest w ilościach marketingowych), ale perfumy pachną nieźle. I na pewno mogą wielu osobom się spodobać.
To konfiturowa, landrynkowo-słodka odmiana róży. Wyraźnie czuć owoce. Trzeba też dodać, że nie jest to kompozycja płaska lub rażąca chińskimi plastikami, jak często się dzieje przy tego typu interpretacjach róży. Mamy zatem trochę kwasku, trochę pestki, trochę soku, więcej fruktozy. Owoce są dojrzałe, ciepłe. Czasami nawet wydają się nieco przejrzałe z cieniem nuty likierowej.

Z drugiej strony Issey Miyake Rose Rose kreuje też wątki w klimacie: różowa wata cukrowa, landrynka i plastik. Nie jest to jednak coś bardzo negatywnego. Biorąc pod uwagę, że te perfumy żyją na skórze, to nie są to też elementy uciążliwe – bowiem pojawiają się i znikają.
I tak sobie to wszystko miło pracuje przez kilka godzin, ale po trzeciej lub czwartej zaczyna się robić nieco mniej przyjemnie. Wówczas wychodzą utrwalacze. Zmienność kompozycji dąży do zera. Sztuczność zaczyna nieco uwierać niczym noszony zbyt długo but z materiału skóropodobnego. Natomiast podkreślić należy, że nawet w najgłębszym fundamencie nie jest to jakiś dramat.

Opinia końcowa o perfumach Issey Miyake L’Eau d’Issey Rose & Rose
Mam nieodparte wrażenie, że damskie perfumy Issey Miyake są efektem większego budżetu, dłuższej pracy i pewnego konceptu. Męskie przypominają pracę na zasadzie klonowania, a tutaj czuć, że coś się zmienia, coś zaskakuje. Oczywiście, nie są to Himalaje sztuki perfumeryjnej, lecz warto poświęcić temu zapachowi chociaż test w perfumerii.




