Kolejna nowość, która po cichu pojawia się na półkach perfumerii.
Trochę szkoda, że dopiero po koniec lata. Masaki Matsushima T-mat; to bowiem perfumy soczyście świeże, miętowe, odrobinę słodkie. Klimatem bardzo mocno zbliżają się do wycofanych już Mintea.
Są takie radosne, zielone, kobiece. Musują świeżością owoców. Na liściach czuć ciepły deszcz. Kwiaty, choć występują w spisie nut obficie, nie są jakąś dominantą. Jeśli już mielibyśmy opisywać sam akord florystyczny, to bliżej mu do zamkniętych pąków, które jeszcze są zielonkawe, nasycone chlorofilem.
Co więcej, w Masaki Matsushima T-mat; obcujemy z bardzo udanym niuansem słodyczy. Producent mówi o tym, że w kompozycji uchwycono akord gourmand. To nie jest tak do końca. Cukier w tych perfumach przyjmuje szczególną formę, bardzo botaniczną. Może się kojarzyć ze słodkimi detalami Limon Verde. Może też przywołać na myśl obraz gniecionych z miętą i cukrem cytrusów. Prawdopodobnie z dodatkiem jakichś procentów. Zaznaczam jednak, że w żadnym momencie nie wchodzimy w obszary koktajlowo-tropikalne w stylu firmy Escada.

Jest to bardzo pozytywna kompozycja, która kojarzy się z beztroską i wakacjami. Nie do końca jednak rozumiem, dlaczego one nie pojawiły się w maju lub czerwcu, a dopiero teraz, kiedy chcemy się powoli oblekać w cieplejsze, jesienne „kokony”.
Wśród wad nie umieszczę całej bazy, ale tylko momenty, w których z tej soczystej mikstury wychodzą zakurzone piżma. Nie są to jednak znaczące elementy i nie trwają cały czas. Tu zresztą dochodzimy do ostatniej zalety tej kompozycji – jest zmienna i żyje na skórze przez wiele godzin.
Opinia końcowa o perfumach Masaki Matsushima T-mat;
Być może wakacje jeszcze przed kimś, więc wówczas zapach ten wart jest powąchania. I zawsze pozostaje to ciekawa alternatywa na przyszły rok.





