
To perfumy piękne, choć trudne
Niesamowitość Isabey Rue de La Paix polega na tym, że łączą wielką ilość białych kwiatów z narcyzem (to też biały kwiat, ale jednak o specyficznej woni). Jeśli weźmiemy pod uwagę inne perfumy narcyzowe, to zobaczymy, że one nigdy nie kołatały do rankingów bestsellerów. Historiae Jardin de la Notre, Penhaligon’s Ostara czy Tom Ford Jonquille de Nuit popadły szybko w odmęty zapomnienia w świecie zdominowanym przez słodkości gourmand czy kadzidlane skóry.
Rue de La Paix to woń wytworna i luksusowa. Wielki bukiet białych kwiatów podkreślony jest dominującą frakcją narcyzów. Narcyze pachną w sposób świeży, zielony i nieco metaliczny. Całość może się też kojarzyć odrobinę retro, choć to bardziej po prostu bal na Titanicu a nie buduar lat 20. Z czasem kwiaty Isabey się ocieplają. Pojawia się minimalna ilość cukru na drzewnym i kremowym fundamencie.
Warto dodać, że w kompozycji nie mamy prawdopodobnie naturalnego absolutu narcyzów, a jego interpretację za pomocą innych ingrediencji (naturalnych i syntetycznych). Efekt jest jednak bardzo naturalny i nuta ta pachnie tak jakby pochodziła od absolutu.
Początek sztuki to gra narcyzów i jaśminu, później wychodzi bardziej miękka tuberoza (w formie kremowej i przyjaznej, a nie spalonych opon). Jeszcze dalej żywe są skojarzenia z dostojnymi nutami lilii ogrzanymi słońcem, coś na kształt Majouri White Rose. Jest w tej kompozycji też coś przyprawowego i komfortowego.
Sama baza nawiązuje do wielkich klasyków lat 80. i 90. z Amarige, Poeme i Gabrielą Sabatini na czele. Jest orientalna, ciepło-kwiatowa, pudrowa, bardzo kobieca i piękna.
Opinia końcowa o perfumach Isabey Rue de La Paix
Z pewnością to wyjątkowe perfumy z grupy kwiatowej. Nie wróżę im jednak wielkiej popularności, ponieważ ta rodzina kompozycji nie wzbudza zainteresowania w obecnych czasach.

Kampania perfum Rue de La Paix




