
Fiołek to nie jest prosta nuta. Zwłaszcza w wytrawo-skórzanej formie, a taka właśnie występuje w najnowszych perfumach amerykańskiej firmy.
To fiołek, który nostalgicznie zbliża się do zapomnianego Violet Blonde. Jest drzewny, ale chłodny. Nie ma typowej słodkiej pudrowości. Jest za to zmielony kawałek drewna. Jest kreda. Jest woń szkolnej tablicy. Można poczuć delikatną strużkę kadzidła w tle. Jeśli ktoś lubi klimaty Santal 33, to tutaj odnajdzie pewne ich elementy. Gąbka do zmywania kredy ma też wątek mydlany, jakby ktoś próbował ją odświeżyć i wypłukać.
Zapach z czasem staje się obfitszy w aromat gałązek cedrowych. Pojawia się bowiem wyraźny akcent choinkowej zieleni. Cały czas czuć też nuty wapienno-mineralne. W tym wszystkim umyka fiołek, bo jego tu w zasadzie nie ma. Jeszcze na starcie widać pewne fiołkowe tony, a później to idzie w kierunku skalno-drzewnym. Kompozycja jest przy tym bogata i zmienna.
Widać wątki apteczno-bandażowe, szafranowe. Jest woń sklepu zielarskiego. I w aptece, i w sklepie zielarskim czuć woń drewnianych ław, które z kolei pamiętają lakierowanie. Gdyby ktoś pomyślał o woni atramentu, to też byłoby to słuszne skojarzenie.
I tak sobie myślę, że gdybym wąchał te perfumy w ciemno, to opisałbym je jako irysowe. Zwłaszcza w dalszych częściach to wrażenie wyraźnie dominuje nad fiołkowością.
Opinia końcowa o perfumach Le Labo Violette 30
La Labo Violette 30 można opisywać na wiele sposobów, ale chyba nie do końca językiem składników/nut. W większości nie czuć ich bowiem w czystej formie. To sprawia, że odbieram te perfumy jako złożone dzieło, a nie sklejenie prostych ingrediencji.
W mojej ocenie to absolutnie nie są perfumy fiołkowe. I ta nazwa jest totalnie myląca. Nie zmienia to jednak faktu, że to kompozycja o dużej wartości. Gra przepięknie!

Kampania perfum Violette 30




