
Na przestrzeni ostatnich miesięcy kilka razy wracałem do tej kompozycji, ponieważ testując ją „z marszu” trudno było mi dostrzec niuanse odróżniające od pozostałych pozycji tej serii.
Teraz jednak wiem, że Gucci Bloom Ambrosia d’Oro nie jest prostą kopią lub nieznacznącym flankerem, ale nie jest też jakimś zupełnie nowym złożeniem na miarę wersji Parfum (ma od niej jednak znacznie lepszą bazę). Kto zatem zna klimat rodziny Bloom, ten będzie czuł się tu jak w domu. Nowa wariacja jest bowiem mocno osadzona na fundamentach klasyka. Jest sucha, drzewna i odrobinę bardziej pudrowa. To jednak detale, które nie zmieniają obrazu całości. Jeśli ktoś używa pierwowzoru, to na pewno dostrzeże te różnice. Jeśli natomiast ktoś nie ma kontaktu z tymi zapachami, to może tych różnic nie poczuć.
Znajduję tu wszystkie najistotniejsze wątki pierwszej wersji. Jest przede wszystkim sucha i przyprawowa nuta kwiatowa, która niegdyś wyczarował Jean-Claude Ellena w Jour d’Hermes. Wątków „hermesopodobnych” jest jednak więcej, bo w bazie Ambrosia d’Oro pojawia się cień imbiru w stylu Twilly. Na pewno nie jest to jednak imbir świeży. Gdybym miał go opisać, to raczej jest to puder zrobiony z zasuszonych korzeni. Nie jest to efekt mocny i niszowy, a raczej elegancki i świetlisty. Imbir nie wychodzi na pierwszy, ani nawet na drugi plan.
Baza przypomina zasuszone kwiaty. Nie razi chemią, ani sztucznością. Ma pewien książkowo-ciepły niuans. Przemyca w sobie wątki pudrowe i drzewne, które wyznaczały klimat tej kompozycji od początku. Mimo że Morillas użył sporej ilości syntetyków, to tutaj tego nie czuć w sposób drażniący. Takie złożenie ingrediencji zasługuje na pochwałę.
Opinia końcowa o perfumach Gucci Bloom Ambrosia d’Oro
Powiedzmy sobie wprost – Ambrosia d’Oro to około 80% wrażeń z klasyka. Detale są widoczne i nadają jej charakteru, ale trzeba poświęcić czas, aby je dostrzec.

Kampania perfum Bloom Ambrosia d’Oro




