
Bardzo chciałem, żeby te perfumy mi się spodobały. Bardzo. Bardzo.
Wynika to z tego, że bardzo lubię to miasto i jego klimat. Niestety, w perfumach Juliette Has A Gun Miami Shake nie odnalazłem tego, czego oczekiwałem. To zapach słodki, owocowo-mleczny. Z tym, że to nie jest mleko wprost. Bardziej kojarzy mi się z wafelkiem zrobionym z samych sztuczności lub równie sztucznym deserem ryżowym. Nie ma w tej nucie przyjaznego komfortu, który zazwyczaj charakteryzuje kompozycje laktonowe.
Niby nutą główną ma tu być truskawka (lub poziomka), ale to nie owoc naturalny. Perfumiarzowi raczej udało się stworzyć akord jakiegoś aromatu. Pamiętam, że kiedyś ciocia przywoziła mi z Niemiec takie czekoladki, które miały nadzienie mleczno-truskawkowe. I jak się je rozgryzło, to w środku była jasna masa, w której było widać takie czerwone kropki aromatu truskawkowego. To było właśnie takie kwaśne, sztuczne, ani mleczne, ani truskawkowe, ani poziomkowe. Stąd o ile truskawki bardzo lubię, to już wszelkich innych rzeczy „truskawkowych” unikam, bo smakują strasznie. I w Miami Shake mam to samo wrażenie.
Opinia końcowa o perfumach Juliette Has A Gun Miami Shake
Do tego dochodzi zasłodzenie czymś na kształt roztopionych lodów waniliowych i tony utrwalaczy piżmowych, drzewnych i ambrowych. Nie widzę w tej kompozycji magii, ani jakości. Natomiast doceniam sam pomysł. Gdyby to pachniało naturalnie, to byłyby wspaniałe perfumy. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach przemysł perfumeryjny nie ma jeszcze technicznych możliwości, aby stworzyć piękne i żywo pachnące perfumy mleczno-truskawkowe.

Kampania perfum Miami Shake




