
Na perfumeryjne targi zawsze jeżdżę z konkretnym planem. Już przed wydarzeniem wiem, co chcę przetestować i czego próbki chcę sobie zrobić na miejscu.
I tak było z tą nowością. Tiziana Terenzi Kirke Overdose testowałem i na miejscu w Mediolanie, i później z własnoręcznie zrobionej próbki. Efektem tych pierwszych testów było przeświadczenie, że marka pewnie się pomyliła przy tych pierwszych, „wystawowych” flakonach i nalała nie tego płynu. W czerwcu, już po polskiej premierze, zaopatrzyłem się w kolejną partię tych perfum i już wiem, że to nie była pomyłka.
Kirke Overdose to nie są perfumy spektakularne, ani nawet tak dobre jak klasyczna wersja. „Overdose” polega na skierowanie kompozycji w stronę niskopółkowych molekuł owocowych, zmniejszeniu mocy akordu erbapurowego, a zwiększeniu frakcji piżmowo-waniliowej. W efekcie kompozycja ma mniej ostrości i wyraźności, a stała się bardziej krągła i ulepna. Ilość molekuły Galaxolide – białego piżma – jest tu olbrzymia i przykrywa wszystkie detale, które można było zauważyć w klasyku.
Zwróciłbym też uwagę na różnicę w kwestii cytrusowości. Owoce klasycznej edycji były żywsze i iskrzące za sprawą olejków cytrusowych. W wersji Overdose ten efekt został zredukowany. Została słodkość i sztuczność.
Paradoksalnie, wcale nie mam wrażenia, że nowa edycja jest mocniejsza czy trwalsza od pierwowzoru.
Opinia końcowa o perfumach Tiziana Terenzi Kirke Overdose
Nie widzę tutaj żadnej magii. W Kirke Overdose czuję natomiast wiele podobieństw do ostatniej nowości – Ixbeta. I to nie jest zaleta.

Kampania perfum Kirke Overodose




