
Chciałem też jakieś męskie nowości potestować, ale chyba została mi tylko ostatnia premiera Zadig & Voltaire.
Zapach ten powstał jako edycja na lato, a że już prawie mamy wiosnę, to pomyślałem, że napiszę właśnie o Burning Love. Co prawda, limitowanki tej marki nie są na szczycie mojej listy do testów, ale finalnie nie jest źle. Okazało się bowiem, że w tym przypadku tragedii nie doświadczyłem, a w kontekście ciepłej pory roku, to wręcz zapach do rozważania. Na samym wstępie napiszę jednak, że nie jest to jakieś wielkie dzieło sztuki, a bardziej taki przyjemniaczek w klimacie cytrusowym.
Widzę, że na rynku coraz więcej producentów przemyca cytrusy w bazie ambrowo-metalicznej, takie rodem z Bvlgari Tygar. W przypadku Burning Love jest podobnie. W praktyce jest to złożenie grejpfrutowo-pomarańczowo-bergamotkowe z akcentami metaliczno-wodnymi. O ile baza kompozycji może nawiązywać do wielkiego hitu Bvlgari, to można też dopatrzyć się wątków a’la Azzaro Chrome.
Kompozycja Zadig & Voltaire z tego powodu nie grzeszy naturalnością, ale jest po prostu przyjemna. Tony syntetyków grają spójnie, ładnie, męsko i mogą się podobać. Do tego dochodzi elementy dosładzający w postaci skórzanej, drzewnej wanilii. Nie ma tego dużo, ale akord ten pozostaje widoczny równolegle do ambrowej mineralności.
Perfumy te to w zasadzie jeden akord, który na początku jest bardziej ostro-cytrusowy, a bazie słodszy i drzewny. Prosta budowa, ale to nie jest wielka wada.
Opinia końcowa o perfumach Zadig & Voltaire This is Him Burning Love
To takie bardzo synkretyczne pachnidło, które może budzić skojarzenia z wieloma innymi kompozycjami. Jest to cytrusowiec z olbrzymią ilością molekuł, ale pozostaje miły w noszeniu.
Dodam też, że Burning Love nie ma wspólnych elementów z klasycznym This is Him.

Kampania perfum This is Him Burning Love




