
Na sezon zimowy marka Kayali zaproponowała Freedom Musk Santal 34.
W praktyce nie jest to ani „santal”, ani „musk”. No, „musk” może trochę. Pierwsze skojarzenie, które buchnęło w nos po aplikacji – Quentin Bisch i jego akord kwiatowo-cytrusowy rodem z Fleur Narcotique i Valaya. Można byłoby zatem w ciemno założyć, że kompozycja powstała w laboratorium Givaudan. A tak jednak nie jest, bo nosem stojącym za pachnidłem jest Hamid Merati Kashani. To ciekawa informacja z tego powodu, że pracuje on w konkurencyjnym Firmenich. To zaś znaczy, że Givaudan musiał zacząć sprzedawać pewne substacje, które wcześniej przez lata miał na wyłączność. Tylko czekać aż podobna historia wydarzy się z Akigalawood…
Wracając do Kayali. To zapach na początku cytrusowy, ale nie agresywnie i proszkowo. Są to cytrusy bardziej miękkie i słodkie. Z jednej strony zapach jest bardziej przyjazny, ale też nieco pozbawiony charakteru. Ta miękkośc i niespożywcza słodycz będą nam towarzyszyć zresztą jeszcze długo. Są to też elementy, które różnią interpretacje Bischa od Musk Santal 34. Tu jest bardziej opływowo i bezpiecznie.
W sercu kwiatowy akord zaczyna wchodzić w obszary chmurkowych molekuł piżma, ambry i drewna. W pierwszych chwilach jest to przyjemne, ale po 2-3 godzianch od aplikacji czuć, że Kayali Freedom Musk Santal 34 to jednak pachnidło kilka klas niżej od konkurencyjncych wód Parfums de Marly czy Ex Nihilo. Po 5 godzinach staje się to zapach na miarę najniższej półki i jakichś imitacji kwiatowo-piżmowych za 20 złotych.
Opinia końcowa o perfumach Kayali Freedom Musk Santal 34
Na początku zapach można określić jako bezpieczniejszą odsłonę Valaya, Levant czy Fleur Narcotique. Końcówka to jednak dramat i mizeria.

Kampania perfum Freedom Musk Santal 34




