
Edycje limitowane to bardzo często największe porażki na rynku perfum, ale w przypadku Gucci wciąż mamy na uwadze, że marka „wróciła” na lepsze tory.
I tym samym pojawia się Gucci Guilty Love Edition Pour Femme. O wersji dla mężczyzn już pisałem: KLIK. Odsłona damska jest ciekawsza. Coś się tu w dzieje, choć o jakimś totalnym zjawisku mowy nie ma.
Zapach jest niezły. Kosmetyczny, pudrowy, pomadkowy. Ma w sobie akord kwiatowego proszku do prania, który z początku podbarwiony jest kwaskiem cytrynowym. Później nieco się ociepla i pokazuje klasyczny puder z minimalnym tonem paczulowo-piżmowym w stylu Sarah Jessica Parker Lovely.

Znajdziemy w nim też wątek czerwonych owoców, które wpadły do kadzi z mydłem. Oczywiście, nie jest to mydło szare, ale takie kwiatowe, kobiece, czyściutkie i łazienkowe. Dobrą cechą kompozycji jest to, że nie jest płaska, żyje i zmienia się na skórze. Problemem według mnie jest zaś to, że wszystkie te obrazy są nie do końca szczere, takie plastikowe, jakby zrobione z klocków, a nie naturalne. Daleki jestem od posądzania perfum o bycie infantylnymi, lecz w tych klimatach jest wiele, znacznie lepiej zrobionych kompozycji, a nawet wspomniane Lovely wyprzedza propozycję Gucci.
Plus, że baza zachowuje charakter i nie wpada w totalnie beznadziejne i chemiczne objęcia. Mimo że wykonana jest ze składników syntetycznych (piżmo, ambra), pokazuje się jako ciepła, czysta i cielesna. Może nie jest to też szczyt naturalności, ale doceniam i tak.
Opinia końcowa o Gucci Guilty Love Edition Pour Femme
Przeciętniak, który jednak nie powiela tragedii, jaką byli jego poprzednicy.




