
Trzecia wersja mocno nawiązuje do klimatu rodziny, zwłaszcza odsłony Intense.
Kiedy jednak wgryziemy się w kompozycję Burberry Goddess Parfum, to powinniśmy zobaczyć kilka detali, który są ciekawe. Naturalna, ostro-apteczna lawenda rozpoczyna opowieść. To wielki plus, bo aromat taki nie jest czymś popularnym w mainstreamie, a już na pewno nie w perfumach damskich. Bardzo podobny był zresztą w poprzedniej wariacji.
Po krótkim czasie dochodzi do tego dojrzała, ale i kwaśna malina z dodatkiem wpół wysuszonych skórek cytrusów. Nie jest na szczęście ani przesłodzona, ani sztuczna. Zatem Burberry zdobywa kolejny plusik. Wypada też powiedzieć, że gra maliny z lawendą osadzona jest w ramach wytrawno-zimnych. To trochę tak jakby zimą zepsuło się ogrzewanie w aptece, w której składowane są malinowe herbaty i olejki lawendowe. Po czasie kompozycja się oczywiście ociepla, ale początek nazwałbym zimnym, choć mocnym.
Później perfumy zyskują odcień książkowo-skórzany, może nawet minimalnie drapiąco-szyprowy. To na pewno nie jest milutka wanilia połączona z cieplutką skórą, choć zapach nie jest przesadnie offowy. Nie porównałbym go też do klasyków tego połączenia: YSL Babycat czy Tom Ford Eau de Ombre Leather, ponieważ Amandine Clerc Marie poszła swoją drogą wyznaczoną w poprzedniej wersji. W zasadzie dalsze akordy Burberry Goddess Parfum przypominają odsłonę Intense, ale bez nadmiaru miodowości i ostrości. Zapach jest bardziej obły, ale też przypomina książki obite w skórę. I o ile początek był zimową apteką bez ogrzewania, to baza byłaby biblioteką z dogasającym kominkiem i ledwie echem zasuszonych ziół. Dodatkowo, kojarzy mi się to z wanilią wysypaną na ciepły piasek po zachodzie słońca…
Ponadto zaznaczyłbym, że w tym pozornie sielankowym obrazie fundamentu pojawiają się też wątki bardziej ostre, jakby paczula, jakby drzazgi jakichś drewienek, może nawet cień przypraw. I mimo że formuła bazuje na ISO E Super, to nie jest to składnik wybijający się w jakichś sztucznych kurantach. Najpóźniejsza część perfum pozostaje ambitna i logicznie związana z klimatem rodziny Goddess. Może tylko minimalnie się przykurzy, ale bez żadnej tragedii. Na pewno w tym aspekcie jest lepiej niż w Intense.
Opinia końcowa o perfumach Burberry Goddess Parfum
Przy teście pobieżnym można uznać tę wersję za bardzo podobną do Intense. Dalsze fazy ujawniają jednak znaczące różnice. Stąd też powiedziałbym, że Goddess Parfum można rozpatrywać jako woń uniseks, ponieważ akordy późnego serca i bazy mają wyraźny męski pierwiastek.

Kampania perfum Goddess Parfum




