
Kolejna męska nowość spod szyldu Gucci, czyli marki, która przeżyła wskrzeszenie pod odejściu Fridy Giannini.
Praktyka pokazuje jednak, że nawet teraz zapachy tej firmy są na bardzo różnym poziomie. Obok wizjonerskich (jak Bloom, Guilty Absolute Pour Homme czy Memoir d’Une Odeur) są też przeciętne i słabe. Zakładam, że to wynik pewnego kompromisu, który ma doprowadzić do tego, że perfumy te będą na siebie zarabiały. Stąd w portfolio bardziej komercyjne projekty. I właśnie Gucci Guilty Love Edition Pour Homme do nich należy.

Kompozycja idealnie wpisuje się w klimat drzewno-zakurzonych premier współczesnej, męskiej perfumerii. Od razu jednak napiszę, że z tym zakurzeniem to tak nie do końca. Perfumy te nie są aż tak chemiczne i płaskie, jak moglibyśmy przypuszczać. Wieją totalną nudą, ale nie porażają totalnym brakiem jakości. Zakładam, że większość osób testując je w perfumerii na papierku powie, że to „ładny”, „męski” zapach.
Mamy tu bardzo przewidywalną piramidę zapachową. Początek z cytrusami, później wałkowane tysiące razy połączenie lawendy, geranium i przypraw, następnie trochę więcej zieleni i drewienek. Baza wchodzi natomiast w klimaty trochę zakurzone, piżmowe, ale da się to wytrzymać.
W zasadzie to szczyt wtórność, ale dostrzegam w Gucci Guilty Love Edition Pour Homme pewną iskrę nadziei. Chodzi o to, że perfumy te w swojej przewidywalności są rzetelne. Zmieniają się na skórze. Nie tworzą pulpy i można w nich wyłuskać pojedyncze nuty, choć szczytem naturalności one nie są.

Ta wyższa względem większości premier jakość jest jednak okupiona bardzo nikłymi parametrami. Podejrzewam, że kompozycja zawiera więcej naturalnych składników niż konkurencja i mniej infantylnych utrwalaczy. I to właśnie jest powód jej delikatności.
Opinia końcowa o perfumach Gucci Guilty Love Edition Pour Homme
Klasyczne męskie pachnidło, które nie wyróżnia się ponad standardową ofertę perfumerii. Wiem jednak, że to znak i niebawem Gucci znowu zaskoczy czymś totalnie zjawiskowym.

Kampania perfum Guilty Love Edition Pour Homme




