Wcale nie są to perfumy zwierzęce. (Tytułem dygresji wspomnę, że najbliższe recenzje będą raczej skrótowe, tak żeby jak najszybciej nadrobić zaległości z grudnia ubiegłego roku, kiedy testowałem mnóstwo perfum, ale nie miałem czasu na pisanie)
Byredo Animalique należą do woni skórzanych, ale w miarę sterylnych. Nie mamy tu żadnych potów, martwych ciał, wydzielin itd… Powiedziałbym nawet, że to woń czysta, w której skórzany pierwiastek położony jest na pudrowej, miękko-słodkiej bazie. Z jednej strony sam akord skóry może się kojarzyć z Tuscan Leather, ale to zabarwienie słodko-pudrowe nawiązuje do fundamentu Cuir Zerzura.
Słodycz Animalique nie jest jednak landrynkowa. To bardziej cukierki zrobione na miodzie i balsamach, może nawet pastylki na gardło z wyciągami z ziół i miodu. Efekt ten jest niewątpliwą zaletą. Wtóruje mu cukier puder w małej ilości. Na tyle jednak znaczącej, że da się go zauważyć. Z czasem kompozycja idzie w kierunki bardziej ziołowo-absyntowym, traci dosłowny skórzany niuans, zanurza się w mroku. Nie jest to taka całkiem ciemność (jak w Rania J Cuir Andalou), ale ilość światła jest naprawdę mała.
Jeśli poczekamy jeszcze dłużej, to perfumy stają się drzewno-miękkie. Zgadywałbym, że jest tam drewno sandałowe, ale w oficjalnych materiałach o nim nie przeczytamy. Natomiast efekt drzewnej pudrowości i przytulności jest faktycznie odczuwalny.
Ważne jest też to, że poziom cukru jest pod kontrolną. Nie wchodzimy w obszary słoniowe-lepkie i sztuczne do bólu zębów, jak to miało miejsce w Rouge Chaotique.
Opinia końcowa o perfumach Byredo Animalique
Cieszy mnie to, że kompozycja nie atakuje nosa toną syntetyków. Wiem, że marka Byredo nie słynie z jakości używanych składników, ale tutaj naprawdę jest przyzwoicie i nawet w końcówce czuć elementy poprzednie, jest ciekawie i nie ma negatywnych niespodzianek.






